Aktualności :

Reklama

5 miesięcy, 16 tys. km – historia powrotu tego jamnika do domu jest nieprawdopodobna!

Jamnik na pokładzie katamaranu dog-wow
© Instagram.com/noplans.justoptions

Pipsqueak w czasie pandemii został sam, ale w końcu udało mu się odzyskać rodzinę. Podróż była jednak wyjątkowo długa i pełna perturbacji.
 

Przez Sabina Stodolak

Opublikowano 13.09.2020, 12:05

 

48h na powrót do domu

Mały Pip, uroczy jamniczek, ostatnie miesiące spędził w Południowej Karolinie. Opuszczony przez swoich opiekunów bardzo tęsknił. 

Dla Zoe i Guy’a Eilbecków decyzja o pozostawieniu Pipsqueaka samego była bardzo trudna. Nie mieli jednak wyjścia. Epidemia koronawirusa i związane z nią zamknięcie granic zastało ich w czasie morskiej podróży katamaranem dookoła świata. Byli wtedy na wyspie Hilton Head w Karolinie Południowej w USA  i mieli zaledwie 48 godzin na to, by spakować najpotrzebniejsze rzeczy i wraz z dziećmi – Cam i Maxem, wsiąść w samolot do rodzimej Australii. 

Niestety ostre przepisy Australii dotyczące wwozu zwierząt nie pozwoliły im zabrać jamnika ze sobą. 

Pipsqueak zostaje w USA 

Na szczęście jamnik nie został całkowicie porzucony. Rodzinie udało się nawiązać kontakt z przyjaciółką mieszkającą w Karolinie, Lynn Williams, która pomogła w znalezieniu tymczasowego domu dla psa. W końcu zamknięcie granic miało trwać tylko 6 tygodni. To nie aż tak długo – wytrzymają. 27 marca pożegnali psa, wierząc, że zobaczą go ponownie za półtora miesiąca. Nie mogli wiedzieć, jak bardzo się mylą. 

Pipsqueak bardzo tęsknił za swoimi opiekunami, nie rozumiejąc, dlaczego nagle nie ma ich obok. Nie miał jednak wyjścia. Musiał pogodzić się z nową rzeczywistością i życiem na lądzie. Pip był z rodziną Ilbecków od 2018 roku. Poznali się we Włoszech i jamnik został zaokrętowany. Od tej pory, przez dwa lata większość czasu spędzał na pokładzie jachtu. Cały rejs zaplanowany był jeszcze na dwa kolejne lata. 

Powrót pełen komplikacji

Szybko okazało się, że przylot Pipa do Australii będzie trudny. Przez zamknięcie granic Zoe nie mogła po niego polecieć osobiście. Aby Pip mógł wsiąść do samolotu, konieczne były specjalne badania potwierdzające, że pies jest w dobrym zdrowiu i nie ma wścieklizny. Wykonuje się je w Nowym Jorku, ale ośrodek został – ze względu na epidemię – zamknięty. 

Kiedy w końcu udało się uzyskać pozwolenie na import psa do Australii, firma lotnicza, która realizowała takie przeloty poinformowała Zoe, że loty ze zwierzętami zostały zakazane. Szukając rozwiązania, rodzina wpadła na pomysł przewiezienia psa z USA do Nowej Zelandii i dowiezienia go do Sydney drogą morską.

Z formalnościami trzeba było się spieszyć, bo wielu przewoźników nie akceptuje psów w miesiącach od maja do września, ze względu na zbyt wysoką temperaturę i trudności z zapewnieniem zwierzętom właściwej opieki w czasie oczekiwania i przeładunków. W tym samym czasie dotychczasowa opiekunka psa musiała przekazać go innej osobie. Stacey Green, która przejęła Pip’a, tak go pokochała, że istniały realne szanse, że nie zechce go oddać. 

Zoe miała już dość, ale nie poddawała się. 

Długa i samotna podróż do domu 

W końcu udało się zapakować Pip’a do samolotu dzięki pomocy organizacji Jetpet i pies 23 lipca dostał się do Auckland w Nowej Zelandii. Po jednodniowej kwarantannie wsiadł w kolejny samolot – do Melboure w Australii, gdzie musiał spędzić 10 dni w kwarantannie (która obowiązuje wszystkie wwożone do Australii zwierzęta). 

3 sierpnia Pip miał zostać przewieziony do Sydney, ale stan Wiktorii (którego stolicą jest Melbourne) ogłosił całkowity lock down i granice między stanem Wiktorii a Nową Południową Walią (gdzie leży Sydney) zostały zamknięte. Pip’a przejął brat Zoe – Rob, który szczęśliwie mieszka w Melbourne. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

A post shared by No Plans Just Options (@noplans.justoptions) on

Zoe wykupiła cztery kolejne loty dla Pip’a, ale wszystkie zostały odwołane. Kiedy ta niekończąca się historia podróży została przez nią opisana w social mediach, zainteresowała się nią prasa. W efekcie, dzięki uprzejmości linii Virgin Australia jamnika 11 sierpnia udało się przewieźć do uszczęśliwionej rodziny. 

Zobaczcie ich powitanie: 

5-cio miesięczna podróż w czasie epidemii 

Cała podróż Pip’a zajęła 5 miesięcy (a nie 6 tygodni jak przewidywano). Największym szczęściem dla jamnika było jednak nie tyle przywitanie z Zoe, co ponowne wejście na katamaran – bo Pip to jamnik okrętowy, który ma w sercu ocean. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

A post shared by No Plans Just Options (@noplans.justoptions) on

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

A post shared by No Plans Just Options (@noplans.justoptions) on