Reklama

Kupiła rasowego kociaka za 8000 zł. Zamiast kota, dostała zimny prysznic!

Ta historia zmrozi Wam krew w żyłach. Decydując się na zakup zwierzęcia przez internet, nie przypuszczała, jaki będzie finał. 

Przez Sabina Stodolak

Opublikowano 04.12.2020, 07:43, aktualizacja dnia 24.03.2021, 16:47

Mieszkanka Le Pontet w Prowansji we Francji chciała zaskoczyć rodzinę i w czasie świąt powitać w domu nowego jej członka. Zdecydowała się sprawdzić ogłoszenia w internecie i w ten sposób nabyć kotka. 

Po kilku dniach poszukiwań odpowiedniego kociaka swoich marzeń trafiła na ogłoszenie o sprzedaży 4 miesięcznego kota birmańskiego. To był ten kot, którego szukała! 

Hodowca pochodził z Korsyki, a jego strona wyglądała profesjonalnie. Podobnie jak opinie, które znalazła o nim w internecie. Zadowolona kobieta zdecydowała o adopcji i przeszła do płatności za kocię. 

500 euro zaliczki 

Pierwsza rata będąca zaliczką wynosiła 500 euro i tak naprawdę miała to być pełna płatność za kota. Nie aż tak dużo, jak na kocię birmańskie, ale kobieta o tym nie wiedziała. Choć tak niska cena na kociaka tej rasy powinna ją zaalarmować. 

„Rozmawiałam z hodowca w poniedziałek przez telefon. Potwierdził, że otrzymał mój przelew. Wszystko było w porządku i miałam otrzymać wkrótce link do śledzenia przesyłki przez internet” – kobieta wyjaśniła gazecie La Provence. 

Wszystko przebiegało w teorii zgodnie z planem. Kocię miało dolecieć z wyspy do Paryża a następnie do  Ajaccio-Marseille, by potem dojechać do Prowansji. 

Następnego dnia kobieta otrzymała maila z firmy Cargo Animal Transportation, z siedzibą w Monako i w Polsce. Nadal wszystko wyglądało profesjonalnie. Dokument zawierał dane hodowcy, wagę kota i opcje trackingu. Niestety dwie godziny później cała sytuacja uległa zmianie. 

 

Problemy z transportem 

Raphne, mały birmański kotek stanął w obliczu pierwszego problemu – klatka nie była ogrzewana. Nie mógł zatem wsiąść do samolotu, zanim nabywca nie sięgnie do kieszeni i nie opłaci kosztów wynajęcia ogrzewanej klatki. Koszt? 550 euro. Sporo, ale firma przewozowa powiedziała, ze hodowca wykupił ubezpieczenie, które pozwoli nabywcy odzyskać 98% kwoty. 

Transfer zrobiony. Pozostaje czekać na kolejny lot z Paryża do Marsylii. Kobieta, która kupiła kotka kilkukrotnie kontaktowała się z firmą przewozową. Wszystko szło zgodnie z planem, aż tu nagle… Okazało się, że klatka została wynajęta na nazwisko hodowcy a nie nabywcy, a kotek nie został zaszczepiony. Nie można zatem było wpuścić go na pokład samolotu. 

Od razu zaproponowano kobiecie rozwiązanie – za jedyne 1000 euro, kotek przejdzie ekspresową odprawę i uniknie spotkania z Animal Protection Brigade w Paryżu. Płatność została wykonana przez kartę przedpłaconą (co nieco utrudnia dochodzenie ewentualnych roszczeń w przypadku bycia ofiarą oszustwa). Kobieta nadal niczego nie podejrzewała – chciała przede wszystkim, by jej kot był już bezpieczny wraz z nią. 

Wysłano jej zapewnienie, że kot ma się świetnie oraz że poleci następnym lotem. Otrzymała też potwierdzenie dokumentów podpisane przez Stowarzyszenie Weterynaryjne w Paryżu. 

850 euro do dopłaty 

Jakiś czas później, firma dostawcza zadzwoniła do kobiety informując ją o kolejnym problemie. Kotek nie został odpchlony. Można to oczywiście załatwić bardzo szybko za jedyne 850 euro dodatkowej opłaty. 

Na tym etapie kobieta zaczęła już podejrzewać, że pada ofiara oszustwa. Potwierdziła to inna firma, z którą się skontaktowała. Kobieta ostanowiła nie wpłacać kolejnych pieniędzy, zwłaszcza że „utopiła” już w kocie 2000 euro. Kocie, który jak się okazało, nigdy nie opuścił Korsyki. Nie wiemy nawet, czy faktycznie istniał, czy też jego zdjęcie to po prostu fotografia z bazy zdjęć. 

Firma transportowa nie odebrała już żadnego telefonu. Podobnie jak „hodowla”. 
Kobieta zawiadomiła policję i wszczęła postępowanie. Opowiadając tę historię chce ostrzec wszystkich nabywców przez zakupem kotów przez internet z niesprawdzonych hodowli. 

Chcesz dać kotu domu? Sprawdź naszą wyszukiwarkę adopcyjną

Źródło: laprovence.com