Dzień dobry,
Piszę do was, bo jestem w bardzo trudnej sytuacji i nie wiem, co robić.
Wczoraj rano adoptowałam czteromiesięczną kotkę, która jest bardzo płochliwa.
Mieszkam w kawalerce o powierzchni 37m², więc od razu po przyjeździe trafiła do głównego pokoju (salon/sypialnia) i przez cały dzień siedziała skulona w transporterze, obserwując każdy mój ruch.
O 23:00 postanowiłam iść spać – mała nie ruszyła się z miejsca... Godzinę później obudziłam się z nieprzyjemnym uczuciem, że coś dotknęłam stopą. Po zapaleniu światła okazało się, że wyszła z transportera i zrobiła kupę na moim łóżku. Posprzątałam i chciałam ją znaleźć... ale nigdzie jej nie było. Dziś rano zdaje mi się, że słyszałam jej miauczenie około 6:00, a potem cisza. Kilka razy w ciągu dnia przewróciłam całe mieszkanie do góry nogami – zajrzałam za, pod i na każdy mebel, łącznie z 10-centymetrowymi szparami za szafami i meblami kuchennymi – i nic.
Mam wrażenie, że w nocy ledwo tknęła swoje suche jedzenie i bardzo się o nią martwię, bo nie rozumiem, gdzie mogła zniknąć. Nie wychodziłam z domu, a przez te kilka sekund, kiedy otworzyłam okiennice, jestem pewna, że nie uciekła. Racjonalnie rzecz biorąc, musi być gdzieś w mieszkaniu, ale po prostu nie jestem w stanie jej znaleźć. Jestem zagubiona – to mój pierwszy kot i czuję się bezradna, bo boję się, że zagłodzi się w tej swojej kryjówce. Czy w końcu sama wyjdzie?
