Cześć wszystkim,
Od paru miesięcy w naszym ogrodzie zadomowiła się bezdomna kotka. Przychodzi na jedzenie, odpoczywa na werandzie, czasem zajrzy do kuchni. Daje się pogłaskać, ale na nic więcej nie pozwala. Wytrzymuje na rękach tylko kilka sekund (staramy się ją przyzwyczaić do ludzi).
Jakieś trzy tygodnie temu okociła się po kryjomu w naszym garażu. Małe znaleźliśmy dopiero po dwóch i pół tygodnia.
Kotka zauważyła, że wiemy o maluchach (są oczywiście przesłodkie) i wszystko było w porządku. Mogliśmy ją głaskać podczas karmienia, a nawet trochę dotykać małych (żeby sprawdzić, czy wszystko u nich okej).
Wczoraj, ze względu na ogromne upały, przenieśliśmy całą rodzinkę razem z ich przytulnym kartonem w inne miejsce w domu. Ta zmiana nie zestresowała ani maluchów, ani mamy. Normalnie je, karmi, kręci się po domu i pozwala nam głaskać swoje małe.
Chcemy ją wysterylizować, żeby nie było kolejnych miotów. Z piątki maluchów planujemy zatrzymać jednego (tego, który miał zaropiałe oczko – smarujemy je maścią przepisaną przez weterynarza), a resztę chcemy oddać w dobre ręce.
Żeby się do tego przygotować, robiliśmy im nawet szybko zdjęcia na rękach i zaczęliśmy o nich wspominać znajomym.
Dzisiaj rano maluchy były bardzo żywe i zaczynały już wychodzić z kartonu, żeby odkrywać świat.
Ale mamy PROBLEM!!!!!! Kotka w ciągu poranka „po cichaczu” przeniosła wszystkie swoje młode, tak że nawet nie zauważyliśmy, i ukryła je gdzieś na zewnątrz... Sama natomiast wraca jak zwykle na jedzenie i dopomina się o pieszczoty.
Pomijając fakt, że jest nam (bardzo) przykro, zastanawiamy się, dlaczego mogła je przenieść... Czy czegoś się wystraszyła?
Nie wiemy, co robić!!! Jak mamy leczyć to chore oczko, skoro nie mamy kociaka pod ręką?
Czy jest szansa, że maluchy wrócą, jak już będą większe? Czy do tego czasu zdziczeją?
Z góry dziękuję za odpowiedzi, jesteśmy naprawdę bezradni...
(i sorki za ten elaborat!)