Cześć, mój 2-miesięczny kotek spadł z pierwszego piętra – chwila nieuwagi i bęc. Mała to niezła kaskaderka.
Kiedy ją zgarnęłam, w ogóle się nie ruszała, pewnie ze strachu. Jak już wróciłyśmy na górę, zauważyłam krew przy pyszczku, bardzo ciężko oddychała, śliniła się i z oczu leciał jej jakiś płyn. Owinęłam ją ciepłą kołdrą, wyglądała na oszołomioną. Było tylko kilka kropel krwi (myślę, że to od małego zadrapania przy nosku). Przetarłam ją mokrą myjką. Coś jej ewidentnie przeszkadzało w nosku, leciał z niego płyn i mała kichała. Zadzwoniłam do weterynarza na dyżur, ale za wizytę zaśpiewali około 850 zł, co jest powyżej moich możliwości. Pilnowałam jej całą noc – spała, czasem kichała, żeby „odblokować” nos. W końcu zasnęłam, a rano mała już szalała po salonie. Normalnie zjadła, załatwiła się też bez problemu, kicha jeszcze od czasu do czasu, ale płyn już nie leci. Musiałam iść do pracy, ale wizytę u weta mamy na 18:00.
Strasznie się boję, macie jakieś podobne doświadczenia? Czy z tego, co piszę, wygląda to groźnie? Mam ogromne poczucie winy.
Dzięki wszystkim