Dobry wieczór wszystkim, piszę ten post, będąc jeszcze w sporym szoku.
Właśnie wróciłam ze spaceru z moim psem – to roczny akita inu. Spacerujemy po moim osiedlu, na którym jest sporo zieleni. Mój pies oczywiście był na smyczy. I nagle widzę innego psa (wydaje mi się, że to szpic, tak około 10 kg), który biegnie w naszą stronę agresywnie i, rzecz jasna, bez żadnej smyczy. W mgnieniu oka mój pies zareagował i przy takiej różnicy wagowej strasznie się przeraziłam, kiedy usłyszałam skomlenie tego szpica w pysku mojego psa. Właściciel szpica pojawił się już po wszystkim – okazało się, że to dziecko, równie przerażone całą sytuacją co ja. Szpicowi widocznie nic poważnego się nie stało, ale naprawdę najadłam się strachu. Zaraz potem przyszedł ojciec tego dziecka i wyjaśnił mi, że większość psów na osiedlu biega tutaj luzem, bez smyczy.
Zastanawiam się teraz, po czyjej stronie leży wina:
- puszczanie psa bez smyczy?
- brak kagańca (mój pies nie jest na liście ras agresywnych)?
Gdyby, nie daj Boże, temu szpicowi coś się stało, to czy byłaby to moja wina? Tak mi się wydaje, ale co mi za to grozi? I co grozi mojemu psu?!
Z góry dziękuję za odpowiedzi.
Mój pies zaatakował psa puszczonego bez smyczy
Treści na forum są czasami tłumaczone z innego języka, a posty mogą dotyczyć krajów z innymi przepisami dotyczącymi zwierząt.
Ponieważ forum jest tłumaczone automatycznie przez sztuczną inteligencję, tłumaczenia mogą zawierać błędy.
Biorąc pod uwagę sytuację, nie musisz wydawać ani grosza ;)
A gdy to nasz pies zawini, wszystko pokrywa ubezpieczenie OC (o ile wcześniej zgłosiło się psa ubezpieczycielowi).
Miałem już kiedyś taką samą sytuację, z tym że to mój pies zaatakował (tamten spędził półtora miesiąca w klinice, całe szczęście, że ubezpieczalnia wszystko opłaciła).
No i racja z tym Twoim ubezpieczeniem, u mnie było dokładnie to samo.
Zresztą po psie od razu widać, kiedy jest agresywny, a nasze psiaki doskonale to wyczuwają dzięki swojej komunikacji. W moim przypadku ten mały psiak nawet nie zdążył dopaść mojej suni, która była szybsza i bardziej reaktywna.
A co do tego, że wyprowadzało go dziecko – to oczywiście pełna odpowiedzialność rodziców.
Przy naszej podobnej przygodzie pies musiał zostać u weterynarza i już tego samego wieczoru rachunek wyniósł około 560 zł za 6 ugryzień, więc...
Nie daj się, ale ja na Twoim miejscu poszłabym na policję zgłosić zdarzenie, żeby wyjaśnić, co się stało. Skontaktuj się też szybko ze swoim ubezpieczycielem i opisz sytuację – otworzą sprawę w toku. Powiedz koniecznie, że Twój pies był na smyczy, po prostu prawdę! A tamten nie!
Nie masz żadnych świadków? To byłoby naprawdę słabe ze strony właściciela, żeby robić teraz taką dramę. Przysięgam, takie zachowanie strasznie mnie wkurza!
Uszy do góry!
Są, są świadkowie, przynajmniej jeden. A osobą, która wyprowadzała psa, było dziecko, więc chyba by nie kłamało... tak myślę! Biedny dzieciak, i tak wyglądał już na straumatyzowanego... :/
A co do pytania, które mi zadano – kiedy mówię, że tamten podbiegł agresywnie, to mam na myśli, że szczekał, warczał i ugryzł pierwszy... Ale wiadomo, przy takich psach mój wyszedł z tego bez szwanku...
Rozmawiałam już ze swoim ubezpieczycielem i oni nic nie pokryją. Wychodzą z założenia, że skoro tamten pies nie był na smyczy, to ich ubezpieczyciel musi się skontaktować z moim, żeby pociągnąć sprawę dalej!
Przy naszej podobnej przygodzie pies musiał zostać u weta i już tego samego wieczoru rachunek wyniósł około 560 zł za 6 pogryzień, więc...
Nie daj się, ale ja na Twoim miejscu poszłabym na policję zgłosić całe zajście, żeby wyjaśnić, co się dokładnie stało. Skontaktuj się też jak najszybciej ze swoim ubezpieczycielem i wszystko opisz – otworzą sprawę. Powiedz wyraźnie, że Twój pies był na smyczy, po prostu samą prawdę! A tamten nie był!
Nie masz żadnych świadków? To byłoby naprawdę podłe ze strony tamtego właściciela, żeby robić teraz taką aferę. Serio, takie zachowanie strasznie mnie wkurza!
Trzymaj się, dasz radę!
Nie, nie, spokojnie, raczej nic ci nie grozi. Twój był na smyczy, więc nie masz sobie nic do zarzucenia.
Napisałeś, że ten pies podbiegł „agresywnie” – co to dokładnie znaczy? Warczał?
Czy Twój pies odniósł jakieś obrażenia?
Chcesz to przedstawić jako reakcję na agresję, obronę konieczną... ale żeby Twoja wersja była wiarygodna i żeby ktoś Cię wysłuchał, reakcja musi być przynajmniej współmierna. Moim zdaniem, żeby spowodować rany i krwiaki, pies musiałby przeżyć prawdziwy atak, po którym musiałby trafić do weterynarza.
W przeciwnym razie to po prostu pies, który podszedł (może po prostu słabo się komunikuje, ale to już inna kwestia), a Twój pies go zaatakował.
Większość z was kategorycznie odmawia kagańca... czy wy w ogóle macie jakieś problemy z socjalizacją swojego psa?
Mój pies potrafi oszczekać każdego i wszystko, zależnie od nastroju danego dnia, tego, czy ktoś mu się spodoba, czy nie... W przypadku innych psów to już reguła. Gdy tylko ich wzrok się spotka, Jango szczeka, szczeka i jeszcze raz szczeka. Od pewnego czasu wyprowadzamy go w kagańcu, bo choć nigdy nie ugryzł (tylko „uszczypnął”), to nigdy nie wiadomo – wiem, że jeśli kiedyś jakieś dziecko podejdzie od tyłu, żeby go pogłaskać, albo jeśli jakiś błąkający się lub puszczony luzem pies na niego skoczy, to może się to źle skończyć.
Sam w sobie mój pies nie jest „zły”, jest po prostu bardzo lękliwy i bardzo reaguje na ruch, co może wywoływać u niego agresję.
W psiej szkole teraz zakładamy mu kaganiec, kiedy bawi się z innymi psami, bo ma tendencję do nadmiernego używania pyska w komunikacji, a nie wszystkim psom się to podoba. Dzięki temu może się uczyć i ćwiczyć psie zasady bez narażania innych, a oczywiście ostatecznym celem jest to, żeby móc mu go zdjąć.
I szczerze mówiąc, mam kompletnie gdzieś opinię ludzi, którzy widzą mojego psa w kagańcu. Wolę, żeby myśleli, że jest niebezpieczny albo agresywny, niż żebym miał „szpanować” bez kagańca, doprowadzić do wypadku i ryzykować, że ktoś zdecyduje o uśpieniu mojego psa. Nie boję się mojego psa (a raczej powinnam powiedzieć: już się nie boję), ale jego reakcje na nieznane sytuacje są dość nieprzewidywalne, więc nigdy nie zaryzykuję jego utraty tylko ze względów estetycznych czy przez „co ludzie powiedzą”. Bezpieczeństwo przede wszystkim.
Zgadzam się też z Celineo – istnieją kagańce, które dają pewną swobodę. Mam dwa i ten drugi daje mu więcej luzu, może jeszcze coś złapać przodem pyska, ale nie może już ugryźć „pełną gębą”.
No tak, ale kogo obwiniać w przypadku bezpańskiego psa? Psa, który biega sam bez właściciela? Warto spojrzeć na to szerzej. Oczywiście, pies biegający luzem powinien przynajmniej w minimalnym stopniu ogarniać spotkania z innymi, ale zawsze trafi się na ludzi, którzy nie myślą, więc lepiej nie kusić losu. Dla mnie to samo tyczy się psów na smyczy – bezpański pies też może podejść. Kiedyś na Martynice często widywałem suki ze szczeniakami – kiedy mijały innego psa, rzadko bywały wtedy przyjaźnie nastawione. Nie chodzi o to, żeby koniecznie znaleźć winnego, bo zazwyczaj wina leży po trochu po obu stronach. Najlepiej radzą sobie te psy, które potrafią się komunikować i nie zaogniają konfliktu, choć mogłyby go przerwać. Właściciele też mają w tym duży udział – często nieświadomie podkręcają emocje. Myślę, że to właśnie dlatego psy mojej mamy nie dogadały się z tamtym psem. Krzyczenie i szarpanie psów, żeby się puściły, nie kończy konfliktu, choć rozumiem, że w takiej sytuacji reaguje się instynktownie.
Jeśli szukasz winnego, to pewnie jest nim ta właścicielka, która wyprowadzała psa bez smyczy. Ale umówmy się – kiedy już znajdziemy winnego, i tak musimy sobie uświadomić, że nie zawsze otaczają nas odpowiedzialni ludzie. Ja wychodzę z założenia, że nie będę czekać, aż inni zaczną zachowywać się odpowiedzialnie, żeby samemu tak robić. Gdyby każdy wyprowadzał na smyczy (choć ja wolę linkę) psa, który ma trudności w kontaktach z innymi, to nie byłoby problemu. Ale co z tego, że znajdziemy winnego, jeśli kiedyś dojdzie do tragedii i jakiś pies zostanie zagryziony lub ciężko ranny? Gdyby mój pies miał gryźć każdego czworonoga, który na niego wpadł na spacerze, powarkując czy zachowując się agresywnie, to już dawno mielibyśmy spore kłopoty.