Cześć, dotarła do mnie tragiczna wiadomość – moja suczka buldoga francuskiego, która miała zaledwie 3 lata, zmarła na zatrzymanie akcji serca dziś wczesnym popołudniem. Jej śmierć kompletnie mnie załamała, bo kochałem ją całym sercem. Cała ta sytuacja budzi we mnie mnóstwo pytań i chciałbym was zapytać, co o tym sądzicie.
Moja suczka miała słabe serce, raz już zasłabła, bo za dużo biegała na słońcu. To był piesek, którego nie można było brać na długie spacery (szczególnie w takie upały). Tydzień temu zdecydowałem się wyjechać na wakacje w ciepłe kraje, więc zostawiłem ją pod opieką dwóch osób. Wyraźnie im zaznaczyłem, że sunia jest delikatna i żeby nie zostawiali jej zbyt długo na słońcu... Dzisiaj po południu ta osoba do mnie dzwoni i no cóż, już wiecie, co było dalej...
Jednak te okoliczności wydają mi się dość dziwne. Podobno wyszła z nią tylko na kilka minut (może 5-10) i to wtedy doszło do zatrzymania akcji serca? Dziwi mnie to, bo przecież nie była całkowicie „z cukru” (miała dopiero 3 lata...). Jej pierwsze zasłabnięcie zdarzyło się po kilkudziesięciu minutach aktywności, a ja regularnie wychodziłem z nią na 15 minut lub więcej i nigdy nie było problemów, poza zadyszką. Co o tym myślicie? Chciałbym wiedzieć, czy to wina czyjegoś zaniedbania, czy po prostu pech? (choć to wydaje mi się zbyt naciągane). Czy to możliwe, że moja nieobecność tak bardzo ją zestresowała?
Tak czy inaczej, jej śmierć ogromnie mnie smuci, to była prawdziwa kuleczka miłości i czułości. Poczucie, że nie nacieszyłem się nią wystarczająco, że nie przeżyła swojego życia w pełni, strasznie mnie przytłacza i pewnie szybko nie minie.
Dziękuję, że mnie wysłuchaliście.