Zachowanie po pierwszej wizycie u groomera
Treści na forum są czasami tłumaczone z innego języka, a posty mogą dotyczyć krajów z innymi przepisami dotyczącymi zwierząt.
Ponieważ forum jest tłumaczone automatycznie przez sztuczną inteligencję, tłumaczenia mogą zawierać błędy.
Cześć, mam ten sam problem. Mój piesek, 8,5-miesięczny bichon, był pierwszy raz u groomera i teraz jest straumatyzowany – wygląda to dokładnie tak, jak opisujesz.
Mam pytanie, czy ten zastrzyk na stres jakoś pomógł?
👏Buziaki dla Misanthrope, Dougy, miłej Docline i Hibiscus,
Ach Misanthrope, widać od razu rękę profesjonalistki! Moja córka też mi kiedyś podarowała Furminatora, ale to była masakra!!!
Nie jestem przecież (tak mi się przynajmniej wydaje) głupia, ale nigdy nie potrafiłam go używać. Zawsze byłam przyzwyczajona do zwykłej szczotki, która dobrze leży w dłoni i nigdy nie miałam z tym problemów – ani przy Douchce, czarnym pudlu (moim pierwszym psie), ani przy Champagne (biszonie). Nawet groomerka Champagne, która ma 30 lat doświadczenia w zawodzie, go nie używa.
O gustach się nie dyskutuje!!! My jesteśmy tylko takimi „szczotkarkami”, które dbają o swoje zwierzaki i robimy, co w naszej mocy, żeby były piękne i mięciutkie.
Gorące, słoneczne buziaki z Brukseli, gigi397 & cie 😁
Pan Gaspadinn był czesany codziennie (używałam 3 grzebieni z metalowymi zębami, od najrzadszego do najgęstszego), ale kiedy miał około roku (na początku należał do mojej mamy, zanim zachorowała – sierść cotona bardzo szybko staje się nie do opanowania, to jedyny minus tego psa idealnego, lol), trzeba było go ostrzyc.
Coś strasznego. Wyglądał jak mysz laboratoryjna. No cóż, myślę, że ja przeżyłam to znacznie gorzej niż on. Później zdarzały się sporadyczne wizyty u groomerki, która była naprawdę bardzo delikatna; świetnie łapała kontakt z moim cotonem, a to przecież bardzo ważne. (Poza tym hodowczyni przyzwyczajała go do pielęgnacji od małego szczeniaka).


Kolejne zdjęcie = tutaj tylko go czeszę i odsłaniam oczy (nożyczkami do wąsów)

Dougy-master, bardzo chętnie zobaczyłabym zdjęcia Twojego psiaka
Mogłabym napisać całą książkę o pielęgnacji i jej kulisach! Ale dzisiaj postaram się krótko i odpowiem na pytanie Dougy’ego! Tak, obecny stan psa to efekt wizyty u groomera. Na przyszłość lepiej mu tego oszczędź! Cotona de Tuléar trzeba czesać CODZIENNIE tym narzędziem, które widzisz poniżej. Nie czekaj, aż w sierści zrobią się "dredy" czy kołtuny! Najpierw używamy grzebienia typu zgrzebło z szerokim rozstawem zębów, a dopiero potem tego z wąskim. Jeśli kąpiesz psa, używaj szamponu ułatwiającego rozczesywanie i unikaj pocierania sierści okrężnymi ruchami. Masuj ciało, a potem wygładzaj włosy w dół. Następnie wysusz go suszarką, zawsze prowadząc strumień od linii grzbietu w dół, tak jak przy układaniu włosów na szczotkę! Ewentualnie możesz przyciąć nożyczkami z zaokrąglonymi końcami włoski w uszach i te w kącikach oczu. Pazury obcinamy gilotynką, uważając, żeby nie uszkodzić żywej części paznokcia. Cotona de Tuléar się nie strzyże! Jego szata chroni go zarówno przed upałem, jak i zimnem. Uważaj teraz bardzo na udary cieplne i poparzenia słoneczne! Jeśli jest już faktycznie ostrzyżony „na zero”, koniecznie załóż mu kamizelkę chłodzącą!

O ranyyyyyyyy, te wszystkie środki na kleszcze i pchły... no masakra!
Szkoda mi już gardła na powtarzanie wszem i wobec, co o tym wszystkim myślę (zwłaszcza o Bravecto, rzecz jasna).
Może Twój pies ma jakieś ranki, których nie widać przez tę całą sierść? W takim przypadku to go musi po prostu BOLEĆ… My właśnie tak się zorientowaliśmy, że nasz cocker rozchorował się przez preparat na pchły i kleszcze... Nie było już mowy o strzyżeniu niektórych partii jego ciała…
Ale w najgorszym razie poproś, żebyś mogła zostać podczas wizyty u groomera.. w końcu jeśli nie mają nic do ukrycia, to nie ma powodu, żeby Ci odmówili, skoro jesteś klientką 😉
no tak, ale . . . .
Jestem „ekspatą” mieszkającym na Madagaskarze (konkretnie w Diégo-Suarez), gdzie jest tylko JEDNA groomerka i tylko JEDEN weterynarz! I tak mamy szczęście, bo w wielu innych miastach na Madagaskarze nie ma ani jednego, ani drugiego! ! !
Więc jakoś sobie radzimy . . . dziś w południe byłem u weterynarza, który podał mu zastrzyk na uspokojenie. Wet przypuszcza też, że substancja czynna z nowej obroży przeciwpchelnej może mieć działanie neurotoksyczne. Więc zdjęliśmy psu tę jego „ozdobę” i czekamy, co będzie dalej . . .
dzięki wielkie w każdym razie!