Jakieś 3 tygodnie temu pisałam wam, że u Norkhama znalazłam 2 wielkie kleszcze w odstępie 4 dni, mimo stosowania kropel opartych w dużej mierze na substancjach roślinnych, które są mniej inwazyjne niż te tradycyjne, chemiczne.
Byłam zawiedziona, bo w zeszłym roku przy tej kuracji prawie w ogóle nie łapaliśmy kleszczy.
Pytałam też, czy ktoś z was zna ocet czterech złodziei.
Po przeczytaniu wszystkich komentarzy (również w innym wątku o niemal identycznej tematyce), byłam już niemal gotowa, z ciężkim sercem, wrócić do chemicznych pipet owadobójczych albo tych paskudnych tabletek... ale w ostatniej chwili zrezygnowałam, bo na samą myśl o podawaniu tego wszystkiego mojemu psu robiło mi się niedobrze!
W związku z tym od około dwóch tygodni testujemy ocet czterech złodziei. Oczywiście jest jeszcze o wiele za wcześnie na jakiekolwiek statystyki, ale jak dotąd nie znalazłam na Nono żadnego kleszcza, ani wbitego, ani chodzącego po wierzchu. Z drugiej strony nie mogę powiedzieć, żebym mieszkała w okolicy szczególnie mocno zainfekowanej przez te paskudne bestie.
W każdym razie raz dziennie spryskuję psa tą mieszanką (a nawet przed każdym spacerem, jeśli wiem, że będziemy wchodzić w wysokie trawy), nanosząc ją na całe ciało i dobrze wcierając w sierść. Tak właśnie radził użytkownik Misanthrope w jednym ze starych postów. Nie powiem, żeby Nono był jakoś zachwycony, ale przynajmniej się nie wyrywa i nie próbuje za wszelką cenę zwiać. Po powrocie na wszelki wypadek go wyczesuję.
Zapach szczerze mówiąc nie jest nieprzyjemny (wręcz przeciwnie) i dość szybko się ulatnia, przynajmniej dla ludzkiego nosa... Zgodnie z wieloma opiniami osób, które kupiły ten produkt, jego zaletą jest też to, że sprawia, iż sierść staje się niesamowicie miękka.
No i to by było na tyle, jeśli chodzi o nasze obecne testy... mam nadzieję, że metoda okaże się skuteczna aż do przyszłej zimy!
😉