Dla Pani Łucji, opiekunki psa o imieniu Jaś, to były najgorsze godziny w życiu. Liczyła się dosłownie każda minuta, a czas biegł nieubłaganie.
Podczas wyjścia nad rzekę Liwiec psa ukąsiła żmija. W takich sytuacjach okno czasowe jest niezwykle małe. Trzeba działać błyskawicznie. Pani Łucja była z psem u weterynarza już w 25 minut. Niestety lecznica nie miała antytoksyny.
Szybka akcja w społecznościach
Pani Łucja nie straciła nadziei. Za pomocą mediów społecznościowych walczyła o życie ukochanego psa. Jego życie jest dla mnie bezcenne – pisała. Cena za lek nie grała roli.
Niestety mimo tego, że cała akcja działa się w stolicy, czyli w miejscu, gdzie w teorii największe szanse na pomoc i dostępność leku, antytoksyny nigdzie nie było.
Po kilku godzinach poszukiwań udało się znaleźć ampułki w Gdańsku, Brodnicy, Tychach i Jastrzębiu – Zdroju. To zbyt duże odległości, by dostarczyć lek do psa na czas. Kiedy w końcu udało się znaleźć jedną ampułkę w Warszawie, dla Jasia było za późno. Piesek odszedł za tęczowy most.
Dlaczego tak trudno dostać surowicę?
Żmija zygzakowata, zwana też miedzianką jest spotykana na terenie całej Polski, choć najczęściej w regionie Bieszczad, Beskidu i Pomorza. Po ugryzieniu psa przez żmiję antytoksynę trzeba podać w ciągu kilku godzin. Jest to leczenie jednorazowe – nawet jeśli się uda, to przy drugim ukąszeniu i podaniu antytoksyny istnieje ryzyko wstrząsu anafilaktycznego. Zastosowanie swoistej surowicy przeciwjadowej jest jedyną metodą bezpośredniej neutralizacji jadu. W Polsce dostępna jest końska antytoksyna jadu europejskich żmij zygzakowatych do wstrzykiwań domięśniowych, ale lek jest drogi i ma krótką datę ważności – dlatego tak ciężko dostać go w klinikach i lecznicach dla zwierząt.
Zanim zwierzę trafi do lekarza należy ograniczyć jego aktywność ruchową do minimum i zapewnić mu spokój. Jeśli ukąszenie dotyczyło kończyny, można założyć opaskę uciskową powyżej miejsca zranienia. To może zapobiec rozprzestrzenianiu się jadu uratować psu życie.