Dobry wieczór wszystkim!
Mój kotek przyniósł pchły do mieszkania i błyskawicznie dorobiliśmy się prawdziwej inwazji. Próbowałam już chyba wszystkiego: obroży, pipet (z marketu i Frontline), tabletek od Frontline, regularnego mycia podłóg białym octem z lawendą... ale nic nie pomagało. W końcu te cholerne bestie zaczęły gryźć nawet mnie...
Na początku tygodnia wybrałam się do weterynarza. Pani weterynarz dała mi pipetę (nie pamiętam nazwy) i fogger (bombę zamgławiającą) z Virbac. Wszystko zrobiłam zgodnie z instrukcją w ten czwartek.
W piątek wyczesałam kota specjalnym grzebieniem na pchły i trafiła mi się jedna żywa > (mam nadzieję, że chociaż ledwo żywa). Od tamtej pory przeczesuję go kilka razy dziennie i za każdym razem zbieram po 2-3 jaja pcheł (ale nie takie duże osobniki, jakie widywałam wcześniej). Mamy sobotę, a mój kot dalej się drapie (rzadziej niż wcześniej, no ale jednak...).
Dobra, po tym przydługim wstępie, mam do Was następujące pytania:
- Czy jeśli kot się drapie, to znaczy, że nadal ma na sobie żywe pchły? Czy to może być „po prostu” efekt utrzymującego się świądu po wcześniejszych ugryzieniach?
- Pipeta powinna zadziałać w ciągu 24h. Skoro znalazłam żywą pchłę po tym czasie, to czy możliwe, że kuracja nie zadziałała?
Z góry dziękuję za wszystkie odpowiedzi. Tak bardzo boję się powrotu pcheł do sypialni, że na razie zakazałam kotu tam wchodzić. Serce mi pęka, bo to największy pokój w mieszkaniu i przy okazji jego ulubiony... ^^'