„Syndrom tygrysa” zawsze budził we mnie pewien sceptycyzm. Nie chodzi o to, że kwestionuję istnienie tego problemu, ale raczej przyczyny, którymi próbuje się go wyjaśniać, oraz sposoby na zaradzenie mu – o ile w ogóle jest to możliwe.
Jeśli poszukasz informacji w internecie, dowiesz się na przykład, że syndrom ten dotyka kocięta zbyt wcześnie odstawione od matki lub w ogóle przez nią nieodchowane. Proponowanym rozwiązaniem jest zapewnienie kotu stałego dostępu do jedzenia, bez żadnych ograniczeń. Oczywiście sama też to doradzam, podobnie jak zabawę z kotem wyłącznie przy użyciu przedmiotów typu „wędka” (unikaj bezpośredniej zabawy dłońmi), ale w głębi duszy nie do końca w to wierzę. Nigdy nie spotkałam się z informacją zwrotną, żeby jakiś kot cierpiący na ten syndrom faktycznie „wyzdrowiał” dzięki takim radom...
Z drugiej strony muszę przyznać, że rzadko wiemy, co dzieje się dalej, bo forumowicze często porzucają swoje wątki. Nie mamy więc pojęcia, czy zauważyli pozytywne zmiany, czy wręcz przeciwnie – stracili już nadzieję (taka mała uwaga do wszystkich!).
To, co sama zaobserwowałam u kotów z porównywalnymi problemami (choć nigdy do tego stopnia, by atakowały brutalnie bez powodu, a jedynie przy próbie kontaktu), to fakt, że ich cechą wspólną jest bycie kocim „jedynakiem”. Do tego zawsze były to samce – nigdy nie słyszałam o syndromie tygrysa u kotki, ale może to tylko moje osobiste doświadczenie? No i prawie zawsze chodzi o koty żyjące głównie w domu, które mają bardzo mało interakcji z innymi przedstawicielami swojego gatunku (może to kwestia braku socjalizacji?).
Pamiętam kogoś na forum Wamiz, kto borykał się z tym problemem i przez kilka tygodni na bieżąco opisywał sytuację. Nie pamiętam nicku tej osoby, ale pamiętam, że kotek nazywał się „Ron” i był małym rudzielcem. Z tego, co kojarzę, właścicielka nigdy nie doczekała się poprawy w zachowaniu swojego kota.
To może tylko moja prywatna teoria, ale wydaje mi się, że syndrom tygrysa to rodzaj „choroby psychicznej” u kota, coś jak schizofrenia u ludzi. Stwierdzamy chorobę, ale to nie znaczy, że potrafimy ją wyleczyć. Myślę, że po prostu nie zawsze na wszystko jest logiczne wyjaśnienie i, niestety, nie zawsze istnieje rozwiązanie...
To niezbyt optymistyczny punkt widzenia, ale wydaje mi się, że może być bliższy prawdy niż wiele teorii, które czytałam, zwłaszcza tych obwiniających właścicieli. Jedyny nieco bardziej pocieszający aspekt jest taki, że ten syndrom wydaje mi się okresowy – to znaczy, że te koty miewają lepsze momenty, kiedy są łagodniejsze. To niewiele, ale pozwala zachować choć trochę pozytywnego nastawienia.
Co do reszty, nie wiem, czy istnieją jakieś cudowne sposoby albo chociaż metody, których skuteczność potwierdzono w praktyce, a nie tylko w książkach. Myślę jednak, że istnieją tropy pozwalające uniknąć takiej sytuacji (choć przy adopcji niestety nie zawsze mamy na to wpływ) – mianowicie, nie powinno się oddzielać kociaka od matki ani od rodzeństwa przed ukończeniem trzeciego miesiąca życia.
Sama miałam dwa koty, których zachowanie przypominało nieco syndrom tygrysa (jeden z nich wciąż jest ze mną). Mam jednak to szczęście, że mieszkam w dość bezpiecznej, wiejskiej okolicy, co pozwala mojemu kotu żyć po swojemu i samemu wybierać momenty, kiedy chce przyjść do domu, żeby się ze mną zobaczyć. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego ten kot zachowuje się inaczej niż pozostałe – zajmowałam się nim tak samo jak innymi, został odpowiednio odstawiony od matki i zawsze żył z innymi kotami. Z kolei, tak jak wspomniałam wcześniej, był on jedynym kociakiem w miocie (ma teraz półtora roku). Zawsze taki był, nawet jak był malutki. Nie atakuje mnie bez powodu, ale gdy tylko próbuję go pogłaskać, zaczyna bić ogonem i rzuca się na moją rękę, gryząc ją i łapiąc przednimi łapami. Poza tym nie jest agresywny i nie unika mnie, więc po prostu to akceptuję, choć przyznaję, że mam ten komfort, że mam też inne koty.