Cześć,
Mijają właśnie 3 lata, odkąd adoptowaliśmy naszego kota, naszego najlepszego kumpla. Wzięliśmy go, gdy miał zaledwie 2 miesiące. Był jedynakiem w miocie, a matka zupełnie go odtrąciła. Nie przeszedł więc prawidłowego procesu odstawienia i socjalizacji pierwotnej.
Zawsze zachowywał się specyficznie i zastanawialiśmy się, czy to faktycznie syndrom tygrysa. Po niedawnej przeprowadzce (tak przypuszczamy) objawy się nasiliły i zaczęły się gwałtowne ataki, wymierzone zwłaszcza w moją partnerkę. W tym tygodniu weterynarz w końcu potwierdził nasze obawy i zdiagnozował ten syndrom. Kot jest teraz na lekach (Neurontin – substancja czynna gabapentyna), a my uczymy się z tym żyć, wprowadzając sporo zmian w codziennej rutynie, żeby ograniczyć jego napady agresji. Po kilku dniach widać już pierwsze efekty.
Dla jasności: to kot, który prawie nie wychodzi, poza naszym tarasem, bo od zawsze panicznie boi się hałasów z zewnątrz.
Piszę ten post, żeby zebrać wskazówki od osób, które również mieszkają z kotem z syndromem tygrysa.
Z naszej strony oto co zmieniliśmy:
- koniec z jedzeniem dostępnym na okrągło, wprowadziliśmy stałe pory posiłków: dzięki temu to my znów jesteśmy „dawcami” jedzenia;
- zamykamy go na 10 minut w osobnym pokoju kilka razy dziennie: my, ludzie, chcemy mieć chwilę spokoju i to my decydujemy o Twoim zamknięciu;
- dwa dni temu zabrałem mu pluszaka, na którym ciągle ćwiczył polowanie – często po takiej zabawie stawał się agresywny wobec nas;
- nie śpi już z nami w nocy i nie ma wtedy dostępu do większej części mieszkania: mamy więc większe terytorium niż on.
Chętnie przyjmiemy Wasze porady, jak poprawić życie jego i nasze, żeby codzienność znów stała się dla wszystkich przyjemna.
Miłego wieczoru,
P-A