Cześć wszystkim,
kilka miesięcy temu adoptowałem z fundacji dwa koty (mają mniej niż rok) i są po prostu cudowne.
Niestety jeden z nich codziennie przynosi nam do domu żywe kleszcze. Mieszkamy na skraju lasu, więc pewnie tam je łapie.
Ostatnio znów zastosowałem u niego pipetę na pchły i kleszcze, którą polecił nam weterynarz. Niestety takie krople działają dopiero wtedy, gdy kleszcz się wgryzie, a u nas kleszcze wcale nie gryzą kota, tylko po prostu traktują go jak środek transportu i schodzą z niego, gdy tylko znajdą się w domu.
Sprawdzam koty za każdym razem, gdy wracają do środka (zrezygnowałem nawet z instalowania drzwiczek dla kotów, żeby mieć nad tym kontrolę...), ale idzie lato i robi się to coraz trudniejsze (otwarte okna, koty biegają i nie zawsze chcą dać się przejrzeć...).
Zdarza mi się nawet znaleźć kleszcze na fotelach...
Mamy też dwójkę małych dzieci, więc nie mogę pozwolić na to, żeby dom był pełen kleszczy. Z drugiej strony nie chcę używać obroży z silnymi pestycydami, bo dzieci mogłyby mieć z nimi kontakt podczas głaskania.
Nie chcę narażać zdrowia mojej rodziny na choroby przenoszone przez te pasożyty...
Przyznam szczerze, że zaczynam być zdesperowany.
Ostatnie rozwiązania, jakie biorę pod uwagę, to albo zakaz wchodzenia kotów do domu i trzymanie ich w garażu... albo wręcz przeciwnie, całkowity zakaz wychodzenia, co latem przy upałach będzie trudne... albo w najgorszym wypadku oddanie ich z powrotem do fundacji.
Czy mieliście podobne problemy? Macie jakieś pomysły lub lepsze rozwiązania?
Z góry dziękuję za wszystkie wasze rady i sugestie.