W sobotę 24 stycznia przed schroniskiem w Sobolewie na Mazowszu, zgromadził się niemały tłum. To protestujący ludzie, którzy żądali natychmiastowego zamknięcia schroniska.
Co kryło się za bramami Happy Dog? Ta historia poruszy Twoje serce i pokaże siłę solidarności.
Protest, który wstrząsnął Polską
Na pomoc zwierzętom zjechali się mieszkańcy okolicznych gmin, wolontariusze, aktywiści i osoby, które adoptowały psy z tego schroniska. Wszyscy protestowali przeciwko dramatycznym warunkom, w jakich przetrzymywano psy.
Demonstracja rozpoczęła się przed urzędem gminy, a potem przeniosła się pod bramę placówki – ludzie nie mogli dłużej patrzeć na cierpienie zwierząt. Emocje sięgały zenitu: jedni wspominali adopcje sprzed lat, inni dzielili się historiami psów, którym cudem udało się uniknąć najgorszego.
W pewnym momencie ktoś przeciął ogrodzenie i protestujący ludzie weszli na teren, by ratować czworonogi. Część z nich zaczęła po prostu zabierać psy. Mimo obecności policji, przez jakiś czas na terenie schroniska panował chaos i część psów opuściła je bez żadnych procedur adopcyjnych. Na szczęście w końcu sytuacje udało się opanować.
Decyzja o zamknięciu schroniska i chaotyczna ewakuacja
Po godzinach protestu Powiatowy Lekarz Weterynarii w Garwolinie wydał decyzję o natychmiastowym zamknięciu schroniska. Powodem bezpośrednim jest brak ewidencji zwierząt i liczne uchybienia z kontroli z 21 stycznia. Premier Donald Tusk i MSWiA potwierdzili to publicznie po godz. 15.
Ewakuacja 146 psów i 2 kotów ruszyła w nocy z soboty na niedzielę – trwała do 25 stycznia ok. godz. 15. Organizacje jak Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt (DIOZ), Pogotowie dla Zwierząt, Fundacja Judyta, OTOZ Animals, Vigvisir czy Przyjazna Łapa koordynowały akcję, która odbywała się mimo mrozu, braku prądu i opóźnień urzędników.
Wolontariusze musieli podpisać „cyrograf” – zobowiązanie, że nie będą dochodzić roszczeń od gminy. Proces wydawania zwierząt był nieskoordynowany i trudny.
Godziny czekania na mrozie, inwentaryzacja sprzętu zamiast zwierząt, brak światła. Policja nadzorowała, ale i ta nie odbyło się bez trudności i chaosu. Psy trafiły m.in. do schroniska w Wojtyszkach (Instytut Ochrony Zwierząt), do prywatnych domów i fundacji – po kwarantannie będą do adopcji.
Dramatyczny stan uratowanych psów
Psy w Sobolewie żyły w betonowych, niezabudowanych boksach bez ochrony przed mrozem. Były wychudzone, z guzami, przepuklinami, ropiejącymi ranami, zapchlone, zarobaczone. Bały się ludzi i trzęsły się na widok człowieka. Obok kojców leżały poobgryzane drewniane pałki – czy to dowody na bicie psów?
Niektóre psiaki próbowały schowały się w ziemi, piszczały ze strachu, inne wciskały w ściany. Nie były agresywne, lecz spanikowane. Wolontariusze z OTOZ Animals pracowali całą noc w klinikach: „Zmęczenie nie ma znaczenia – to ich pierwszy dzień nowego życia!”.
Co będzie z psami?
Po ewakuacji psy przechodzą badania i kwarantannę – wiele wymaga pracy behawioralnej, leczenia guzów, ran i traumy. Fundacje apelują o domy tymczasowe: „Nie miękkie legowiska, lecz cierpliwość i realną pomoc w kryzysie”.
Ta interwencja to triumf serca nad obojętnością – 150 psów ocalonych dzięki protestowi i fundacjom. Pokazuje, jak jedność zmienia los skrzywdzonych zwierząt, budząc nadzieję na lepsze schroniska w Polsce. Emocje nie opadły: psy z Sobolewa stają na nogi, a ich nowe życie wzrusza wszystkich.